Moda jest tak nieznośną formą brzydoty, że musimy zmieniać ją co sześć miesięcy.

Oscar Wilde

poniedziałek, 29 listopada 2010

Konkurs z nagrodami

Jak już wspomniałam w poprzednim poście, kupiłam Wam prezenty-nagrody, a skoro nagrody to potrzebny też konkurs, nieprawdaż?

No to będzie i konkurs.

Przyjrzyjcie się dobrze naszyjnikom, identyczne w formie, różnią się kolorem kamienia (biały i czarny) oraz metalu oprawy. Pochodzą z kolekcji A&C "Gothic Romance", długość naszyjnika to 41-48cm (możliwość regulacji długości). Jeżeli chcecie któryś z nich wygrać, to zadanie jest proste: ubierzcie się! Z posiadanych w domu ubrań skomponujcie zestaw, którego dopełnieniem miałby być jeden z naszyjników, umieśćcie zdjęcie jako wpis na swoim blogu i koniecznie napiszcie który kolor naszyjnika wybieracie. Post musi też zawierać informację, że bierzecie udział w tym konkursie, z linkiem do mnie. Mam nadzieję że w ten sposób dowie się o nim więcej osób, i więcej osób zdecyduję się wziąć w nim udział, dzięki temu będzie zabawniej :) W poście zgłoszeniowym możecie też umieścić zalinkowane zdjęcie białego naszyjnika, to które widnieje u góry po lewej: http://www.artyfax.com/jewelery/artsandcrafts/dec2/Original%20Files/200721.jpg

Wstawiony na sieć post zgłoście koniecznie u mnie, jako komentarz do tego postu lub któregoś z kolejnych (chętnie jako link, będzie mi łatwiej znaleźć).

Na zgłoszenia czekam do niedzieli 12. grudnia do godziny 21.00, macie więc prawie dwa tygodnie (ale nie zwlekajcie proszę, bo jeszcze pomyśle że się nikomu nie chce...). Pozbierane po Waszych blogach zdjęcia umieszczę jako zbiorówkę i wybiorę dwie zwyciężczynie, po jednej w kolorze. Ogłoszenie rezultatów nastąpi najpóźniej 14. grudnia i wtedy skontaktuję się z nimi aby móc jak najszybciej wysłać nagrody (chciałabym aby doszły na święta, więc im szybciej uda mi się wysłać, tym większa szansa).



To jak, wchodzicie w to?



sobota, 27 listopada 2010

Czarny piątek

Czarny Piątek, czyli Black Friday, to pierwszy piątek po święcie dziękczynienia, czyli dzień w którym zwyczajowo Amerykanie rozpoczynają zakupy świąteczne (mam tutaj na myśli nadchodzące święta bożego narodzenia).
Czarny Piątek to prawdziwe święto handlowców: po okresie mniejszego ruchu, czyli bycia pod kreską (manko zaznaczano w księgach handlowych kolorem czerownym), następuje zakupowy boom, oznaczający duży profit (plusy księguje się normalnym, czarnym atramentem).
Czarny Piątek uczciłam po raz pierwszy w życiu, a już mój portfel pogrążył się w żałobie. Karta bankomatowa ledwo dyszy, magnetyczny pasek przetarł się prawie na wylot ;)
Za to coś Wam kupiłam :) I pokaże po weekendzie, bo dziś padam ze zmęczenia, jutro będę szalenie zajęta starzeniem się, a w niedzielę odwożę gości i przywożę do domu Księcia Małżonka, który w czwartek wyjechał z pracy do Berlina, zostawiając starzejąca się mnie sam na sam z czarnym piątkiem, kartą bankomatową i poleceniem żebym sobie coś kupiła od niego. I kupiłam! Tylko On zawsze taki niezdecydowany, i to mu się podoba, i tamto, więc kupiłam dwie sukienki. Od siebie też sobie coś kupiłam, i od Młodej, oraz od Młodszej (ta to dopiero szczodra dla mamy była!). W sumie od teściowej i szwagierki też, na wypadek gdyby im się zapomniało... 
 Dziękuje Wam wszystkim kochani

czwartek, 18 listopada 2010

Lubię kolor i nie zawaham się go użyć


A Malgośka, jak zwykle, w sukience! - powiedziała Teściowa na dziendobry. Już od ponad roku się tak wita, bo Malgośka zaczęła nosić sukienki w wieku ok. 10-11 miesięcy, a Teściowa zaczęła się dziwić kiedy Malgośka nie przestała po ukończeniu roku...
Zdziwienie teściowej sprawia, że się dziwię. No bo przecież Malgośka jest dziewczynką, a nie chłopcem, a w naszej kulturze sukienki przypisane do dziewczynek (czy może ja o czymś nie wiem?).
Młoda z kolei dziwi się, że się dziwię zdziwieniu teściowej. No bo przecież wiele dziewczynek nosi spodnie, a tylko Malgośka i ja sukienki. Młoda nosi spodnie i Teściowa też nosi spodnie. Norma taka, a jak się ktoś wyłamuje, to niech się nie dziwi, że inni się dziwią...
Książę Małżonek nie dziwi się ani sukienkom, ani niczyjemu zdziwieniu, bo jego to nie interesuje. Sukienki przyciągahą jego uwagę przez ułamek sekundy, kiedy dowiaduje się o kupnie nowej, i na tym kończy się jego zainteresowanie tematem.

Po pierwszych uprzejmościach Teściowej zdaża się też moją sukienkę zauważyć. I też się dziwi. Zdziwienie ukierunkowuje się jednak nie na sam fakt, że noszę sukienki, ale na to jakie. No bo kto widział założyć jedwabną do piaskownicy, albo taką z tiulową halką na wyjście do kina? Hmmmm... Myślę że u nas na wsi już całkiem sporo osób mnie obejrzało, i powoli zaczynam zlewać się z tłumem ;) Więc żeby się przypomnieć, zestaw w żywych barwach, na przekór porze roku!
Ha, ha, tak widzą mnie osoby uczulone na kolor ;)








Czerwony sweterek, patrząc na cenę dzieloną przez czesotliwość noszenia, to najtańsza rzecz w mojej szafie.
Sukienka w kwiaty - mówiłam że będę probowała oswoić ten wzór.
Tiulowa halka, żeby dodać koloru. Miała byc jasnoczerwona, bo jeszcze lepiej kontarstuje z wściekłym różem rajstop, ale postanowiłam nieco stonować ;)
Amarantowe rajstopy, bo bardziej oczojebnych nie miałam.
Buty kupione dla samej nazwy: Maggie Wonka. Mam słabość do tego nazwiska ;)
Oliwkowy pasek, kupiony dla koloru, jest na mnie nieco za duży. Paski na mnie za małe na dziale dziecięcym, pasków na mnie dobrych jeszcze nie widziałam (poza tymi, które mają otworki na całej długości). Przekleństwo jakieś, bo przecież taka niewymiarowa nie jestem?

poniedziałek, 15 listopada 2010

Kradzione a tuczy

W weekend wpadł do mnie znajomy i niechcący dowiedziałam się czegoś, o czym nie mogę przestać myśleć. Jako że temat z blogiem związany, to tutaj go z siebie wyrzucam:
Znajomy pracuje w Norwegii i kursuje pomiędzy pracą a domem w Polsce jadac przez Szwecję, a później promem Świnoujscie - Ystad. Właśnie taką podróż zaliczył, nowokupionym autem z zakolcowanymi oponami, i opowiadał mi przeprawę graniczną (w PL kolce zakazane, w NO kolce często konieczne). No i się dowiedziałam, że nasi Rodacy skupują w Szwecji i Norwegii używane opony i wożą je do Polski na sprzedaż. Ja byłam zdziwiona, że tak robią, a on był zdziwiony, że ja jestem zdziwiona. Pewnie nikogo pozą mną ta informacją nie zaskoczyła, ani nie była nowością, ale je naiwnością przerastam nawet przedszkolaki, chociaż czasami ludziom trudno w to uwierzyć. Kiedy już przyswoiłam sobie info o oponach, znajomy postanowił pociągnąć lekcję uświadamiania. Dowiedziałam się mianowicie skąd się biera rzeczy za złotówkę w SH. I szczęka mi opadła. I prawdę mówiąc do tej pory jeszcze się nie pozbierałam. Przez wiele lat żyłam w przekonaniu, że te rzeczy kupowane jako hurt, a następnie sprzedawane jako detal, czyli na ogólnych zasadach pośrednictwa w handlu. Znajomy pozbawił mnie złudzeń, opowiadając jak to się robi w Norwegii
Jak wygląda kontener PCK wie chyba każde z Was. W Norwegii i Szwecji też stoją podobne kontenery, rozstawiane przez Armię Zbawienia. Zgodnie z założeniami ludzie robiąc porządki w szafie wrzucają niepotrzebne im już rzeczy do kontenera, czyli oddając je AZ. Potem przychodzą nasi i obrabowują kontener, ładują rzeczy do auta (bus wypełniony po sufit ubraniami na różne pory roku, rozmiary i płcie, chyba nietrudno zgadnąć, że samotny kierowca nie wiezie w ten sposób swoich ubrań?) i wywożą do Polski. A w Polsce następuje realizacją planu pierwotnego, czyli sprzedaż ubrań w SH. Tylko że żadna organizacją charytatywna nic z tego nie ma.
Przysięgam, nie wiedziałam, i nigdy bym się nie domyśliła! A przecież wypatroszone kontenery Armii Zbawienia widziałam na własne oczy, tylko winę zrzuciłam na okoliczną młodzież, ew. narody wiecznych turystów lub inne lokalne odmiany jednostek, którym wszystko się przyda, szczególnie jak cudze jest.
I teraz pozostaję mi dowiedzieć się ostatniej rzeczy: czy Wy o tym wiecie? Bo już sama nie wiem, czy rzeczywiście jestem ostatnim dorosłym mieszkańcem miasta złudzeń, jego honorowym dożywotnim obywatelem i burmistrzem w jednej osobie...

PS. Poszłam z tesciowka na spacer, i przy okazji dowiedzialm się po kim Książę Małżonek odziedziczył zdolności fotograficzne. Na trzy zdjęcia robione idioten-kamerą dwa nieostre, a na trzecim nie mam połowy nóg. I tak się cieszę, że nie wpadłam na pomysł rozbierania się w celu zrobienia zdjęcia mego brązowo-czarnego zestawu spodniego. Do następnego posta pstryknę go sobie sama w domu, a dziś będzie samo tło, beze mnie ;)











piątek, 12 listopada 2010

Modny duet

Polska leży w strefie klimatu umiarkowanego, co oznacza że przynajmniej dwa razy do roku następuje zamiana miejsc na pólkach garderoby. Jesienna zmiana warty w szafie przy wyjściu ma się już ku końcowi: właśnie przytargałam z piwnicy zimową kurtkę, Młoda wyciągnęła czapki i rękawiczki, Młodsza pierwsze rękawiczki zgubiła, a Książę Małżonek zabrał do auta skrobaczkę do szyb. I w ostatniej chwili przypomniałam sobie o swojej skórzanej spódnicy. Ufff!
Spódnica ma lat wiele, ale bardzo żadko noszę. Powód jest prosty: sezon na nią jest wyjątkowo krótki i przegapić łatwo. Na wczesną jesień jest (jak dla mnie) zbyt skórzana i zbyt ciemna (czerń bardzo czarna), a zimą z kolei może być na nią za zimno (skora sztywnieje, a ja tak nie lubię). Pozostaje mi przełom jesieni i zimy, czyli dziś!
Nie jestem fanką czerni i w przeciwieństwie do reszty ludzi uważam, że połączenie jej z kolorami wcale nie jest takie łatwe. Owszem, można pójść na całość i wystylizować się na wdowę, ale nie o to mi dziś chodziło. Otworzyłam więc szafę, pomedytowałam chwilę, i postawiłam na modne w tym sezonie połączenie czerwieni i fioletu.
Bluzeczka ze stójka ma śliczny wrzosowy kolor i świetny krój, którego jedynym widocznym elementem jest wycięcie dekoltu. Latem jej nie ponosiłam, to teraz nadrobię.
Czerwonych bluzeczek z zakładka na biuście mam dwie, więc nawet jak się Młodsza we mnie wytrze, to mam się jak przebrać nie zmieniając wyglądu zestawu. Sprytnie, nie? ;)
Fioletowy wiązany pasek podkreśla o jaki mix kolorów chodzi, na wypadek gdyby ktoś przeoczył buzeczke ze spodu.
Zamszowa spódnica, czyli sprawczyni zamieszania - nic dodać, nic ująć.
Fioletowe rajstopy z wyprzedaży w H&M. Mimo usilnych starań oraz wielokrotnych wizyt chyba jedyne co potrafię w tym sklepie kupić to właśnie rajstopy (i odzież dziecięca).
Kozaczki Vagabond, bo czarne.
Włosy pofarbowane na kolor... popielaty! Następnym razem kupię rudą farbę, ciekawe co wyjdzie.
Kapelusik z rynku, kupiony w zeszłym roku w przypływie krótkotrwałego zaćmienia percepcji wizualnej, używany w przypływowych napadach tejże ;)


niedziela, 7 listopada 2010

Ramadan

Na diecie dobrych chęci schudłam przez 10 miesięcy ok. 7kg. Nie jest to może jakiś kosmiczny rezultat, ale jeśli się weźmie pod uwagę że jem co chcę i ile chcę* (*czytaj: dużo i dobrze), to jest to wynik nie do pogardzenia. W związku z odnotowanym sukcesem postanowiłam, że w ramach wczesnego adventu urządzam odzieżowy ramadan przez następne 3 kilogramy. Te trzy kilo miałam zamiar zrzucić do końca roku, i odbić sobie postne miesiące w czasie styczniowych wyprzedaży.
W poniedziałek siedziałam w domu, bo miał przyjść elektryk. Zakupy jedzeniowe zrobił po pracy Książę Małżonek. Żadnego ciucha nie kupiłam.
We wtorek odpoczywałam po poniedziałkowym czekaniu na Godota, nie wyściubiwszy nosa nawet na werandę. Zakupy jedzeniowe zrobił Książę Małżonek. Żadnego ciucha nie kupiłam.
W środę poszłam do spożywczego po olej, bo Książę Małżonek kupił ocet i mleko, nie mogąc sobie przypomnieć o jaki dokładnie płynny produkt spożywczy tak wciąż marudzę... Żadnego ciucha nie kupiłam.
W czwartek była kiepska pogoda i poczułam się zwolniona z wychodzenia. Stwierdziłam przy tym, że mi dobrze idzie z realizacją planów; waga uprzejmie wykazała kolejny kilogram w dól, od czterech dni żadnego ciucha nie kupiłam, super!
W piątek pojechałam się spotkać z kumpelą, a w drodze powrotnej do domu zajrzałam do sklepu, do którego mam daleko i zaglądam tylko jak przejazdem zawitam w okolicę... Cały plan wziął w łeb! Najpierw znalazłam dwa paski; niebieski i czerwony, które uznałam za nabytek niezbędny (bo plecione, więc mają dziurek bez ograniczeń). Potem wypatrzyłam rajstopy, melanżowe, w kolorze czerwonym i zielonym. Paski i rajstopy to jeszcze nie takie duże odstępstwo, bo zasadniczo nie to zakupy zależne od posiadania 3kg mniej lub więcej, ale na tym niestety nie koniec. W ręce wpadła mi spódnica o świetnym kroju: takim jaki lubię najbardziej, ale inna niż wszystkie, no i pasująca do mojej sylwetki. Zrobiłam krótki rachunek sumienia i wyszło mi, że wolę zawalić plan i mieć spódnicę, niż dotrzymać słowa i spódnicy nie mieć.
Na dobitkę w sobotę miałam dzień lenia, na obiad była telepizza i waga nie omieszkała tego faktu odnotować... Mówi się trudno i żyje się dalej.
Spódnica jest wykonana z dziwacznego materiału, mieszanki juty z bawełną i wymaga czyszczenia na sucho (co odkryłam dopiero w domu). Cóż, tym problemem zajmę się jak się ubrudzi. Wzór w kratę, kolorystyka typowo jesienna, i świetne zakładki na skos - plusy w przewadze! Przejrzałam półki w poszukiwaniu odpowiedniego do niej sweterka (zieleń mi się marzy), ale nie było, więc więcej nie grzeszyłam. Na pierwszy rzut zestawiłam z musztardowo-żółta bluzką z Reala i aksamitną marynarką (żakietem?) w kolorze gorzkiej czekolady z KappAhl (chciałabym jeszcze mieć taki w kolorze czerwonego wina i może butelkowej zieleni) i równie ciemnymi rajstopami, plus spacerowe buty, specjalnie do lasu założone... W sobotę kupiliśmy z Księciem Małżonkiem Alicję w Krainie Czarów na DVD i stwierdziłam, że do zestawu pasowałby mi kapelusz Szalonego Kapelusznika! Niestety, nie mam pojęcia gdzie taki kupić, a o DIY nawet nie chcę myśleć ;)



 Patrząc na zdjęcia widzę, że spódnica mogłaby być nieco krótsza, ale to zadanie dla kogos z maszyną, więc najpierw ponoszę jak jest, sprawdzę jak przeżyje czyszczenie i dopiero pomyśle o skracaniu.

Mała M doprasza się o chwilę uwagi!

czwartek, 4 listopada 2010

Stokrotki zasiane w szafie

Mówi się, że trawa jest zawsze zieleńsza po drugiej stronie płotu. Może tak, może nie. Patrząc zza płotu, to trawa moich sąsiadów ma mniej chwastów i jest częściej strzyżona, ale ja lubię te mlecze kwitnące w mojej. Dosieję jeszcze stokrotki, w końcu każdy jest ogrodnikiem własnego życia!

Póki co jesień, i trwanika dokwiecac nie ma jak, za to wzmogła się potrzeba ukwiecenia garderoby. Potrzeba ta pojawiła się dość dawno temu, i bynajmniej nie leżała odłogiem, ale nowością (dla mnie) jest kwiecie na nogach. W innych butach nie byłabym taka odważna, ala w wysokich kozakach to ja jestem kozak ;)
Policyjnoniebieska sukienka jest chyba najbardziej wielostronną częścią mojej garderoby. Mam nadzieję że uda mi się uwiecznić na zdjęciach kolejne wcielenia, bo jak do tej pory to kiepsko z tym...
Jasna marynarka kupiona kilka miesięcy temu w jakiś cudowny sposób zwiększyła rozmiar :o Kupiłam z radości, że mi się biust w nią mieści, a teraz nie tylko że się mieszczę, to jeszcze luz mam po bokach. Bez paska tracę nieco kształt, alternatywą jest przeróbka u krawcowej.
Pasek kupiony do spodni, z dość twardej skóry, lubię go za bladoniebieski kolor i fakturę. Nie mam pojęcia jak to możliwe, ale wszystkie moje paski mają za mało dziurek, powinnam skończyc z tym kupowaniem na wyrost ;)
Błękitny sweterek leży na półce i czeka na wyniesienie do kontenera PCK, chociaż trochę rozmyślam nad przywróceniem go do łask.
Rajstopy w kwiatki kupiłam na wyprzedaży za 5, i to moje jedyne usprawiedliwienie... ;)
Bluzka w kwiatki, której prawie nie widać, to próba generalna przed wprowadzeniem motywu wielkokwiatowego (do tej pory ograniczałam się do drobnych łączek).




Zdjęcia robię w łazience, najjaśniej oświetlonym pomieszczeniu w całym domu, pozbawionym dodatków w tle, dlatego bez butów (przysięgam że założyłam je przed wyjściem!).