Moda jest tak nieznośną formą brzydoty, że musimy zmieniać ją co sześć miesięcy.

Oscar Wilde

piątek, 5 sierpnia 2011

Migawki z wakacji - cz. II.

Rynek w Krakowie jest klasycznym przykładem na to, że na wakacje objazdowe niekoniecznie trzeba zabrać ze sobą aparat, lepiej zainwestować w fotoszopa i pobawić się w kolaże. Zdjęcie na tle parasola z napisem Tyskie, Bosman, Okocim czy Lech można sobie trzasnąć we własnej wsi, a potem wkleja się to w zdjęcie dowolnego zabytku architektury polskiej. Żyjemy w świecie reklamy, gdzie największa wartością jest puste miejsce.
Zaliczyliśmy Sukiennice, wreszcie kupiłam sobie góralskie kapcie w moim rozmiarze (poprzednie mi się rok temu rozleciały i byłam niepocieszona). Na wieży kościelnej zagrano na trąbce jak należy, z przerwą, pojechaliśmy na Wawel i do Kazimierza, poświeciliśmy też jeden dzień na Zoo.  
W porze obiadowej Książę Małżonek i Młoda zaproponowali pizzerię, a ja zapomniawszy czym to się kończy, jak głupia się zgodziłam. Jak się raz zgodziłam, to już wpadłam na wieki: Młoda i Książę ogłosili że to najlepsza pizza jaką kiedykolwiek jedli i stołowaliśmy się tam trzy dni :( Oni zawsze tak, gdzie byśmy nie pojechali to chcą pizzę i na dodatek chcą zawsze jeść w tym samym miejscu!!! Ja z nimi zwariuję! Nienawidzę pizzy!
W hotelu mieliśmy basen, więc w deszczowy czwartek wróciliśmy do hotelu wcześniej i poszliśmy się potaplać w wodzie. W dzień wyjazdu mieliśmy się zamiar też wykąpać, więc spakowałam wszystko wieczorem, żeby mieć gotowe. Pobudka została zaplanowaną na godzinę 8, o godź. 6:30 Młodsza zaczęła zwracać. Z basenu nici, przynajmniej dla niej i dla mnie, Książę i Młoda poszli popływać. Ponieważ Młodsza siedziała spokojnie i oglądała tv, to postanowiłam pod ich nieobecność umyć sobie głowę. Niestety, na ostatnią noc było już tylko miejsce w niższej kategorii i ręczniki przysługiwały nam tylko trzy (Młodsza jako niepłatna ręcznika nie dostała). Dwójka pływaków zabrała swoje na basen, a trzeci położyłam Młodszej na kolana, na wypadek gdyby wymiotowała. Od 7 do 9:30 nie zwymiotowała ani razu, więc wsadziłam łeb pod prysznic i... Taaaak! Młoda chlusnęła zawartością żołądka na nasz jedyny ręcznik. Ociekając wodą zabrałam się za uspokajanie dziecka i sprzątanie wymiocin. Chwilę później wrócił Książę Małżonek, popatrzał na rozwój sytuacji i zabrał się za pakowanie rzeczy do samochodu. Na szczęście Młodsza wydobrzała i o 11 spokojnie wyjechaliśmy w dalszą drogę. "Ciekawe kto następny..." powiedziałam włączając silnik. "Ja mogę" zaofiarował się niebacznie Książę Małżonek. Kochany z niego chłop - pomyślałam i postukałam w GPSa, coby znaleźć po drodze jakiegoś McD na śniadanie.
Do konkursu na najbrzydsze miejsce w Polsce zgłaszam wyjazd z Krakowa w kierunku na północ tzw. Zakopianką. Może uznacie że przesadzam, ale mi się słabo robi z obrzydzenia jak widzę ten kawałek drogi. Bleee...

Pływać każdy może, trochę lepiej lub trochę gorzej :)

Planty, kapcie i ja ;)

Rejs statkiem zaliczony

Idziemy na pogrzeb, tutaj? - zdziwił się Książę Małżonek widząc moją czarną sukienkę

czwartek, 4 sierpnia 2011

Zołza

Książę Małżonek na charakter mi szkodzi. Gdyby nie on, to ja bym bardzo miłą osóbką była, a tak zołza jestem i już!

Przyjechaliśmy do L. w piątek po południu. Gorąco jest, więc po zakwaterowaniu Książę Małżonek wziął prysznic, wytarł się ręcznikiem i zostawił go w pokoju.
Następnego dnia rano wstał Książę wcześniej niż ja, wziął prysznic i poszedł na śniadanie. Kiedy wstałam, czystych (suchych) ręczników kąpielowych już nie było w łazience, bo na dobę przysługują nam dwa. Po prysznicu wytarłam się więc jego wczorajszym, który nieco podsechł, a później poprosiłam Księcia aby używał swój ręcznik dwa razy.
W sobotę wieczorem Książę Małżonek wziął prysznic, a ręcznik przewiesił przez murek w pokoju. Następnego dnia rano znów wstał wcześniej niż ja i po prysznicu spokojnie wytarł się w znaleziony w łazience ręcznik. Ja wytarłam się w ręczniki do rąk, które też mamy dwa. Przy niedzielnym śniadaniu poprosiłam Księcia Małżonka, aby używał swój ręcznik dwa razy.
Wieczorem Książę Małżonek wziął prysznic, a po wytarciu się ręcznik znów zostawił w pokoju, tym razem na łóżku. Rano planowo wstał wcześniej, wziął prysznic i wytarł się znalezionym w łazience już raz użytym ręcznikiem kąpielowym - moim, w który wytarłam ręce i powiesiłam sobie w innym miejscu (żeby mi z wieszaka nie znów nie zabrał). Ja planowo zaliczyłam wycieranie się ręcznikiem użytym przez Księcia. Tym razem zrobiłam awanturę z bluzgami (i jak tu lubić poniedziałki?!?).
Wieczorem Książę Małżonek się nie wykąpał, bo był zbyt śpiący i nie tak spocony. Dzięki temu we wtorek rano wreszcie miam dla siebie suchy ręcznik.
Niestety, we wtorek wieczorem Książę Małżonek znów wziął prysznic, co wiadomo czym się skończyło...
I, p***ny czyścioch, w środę też zużył dwa!!!
Dziś rano bluzgałam pod prysznicem w samotności, bo Książę pojechał ze znajomymi zanim ja wstałam. A po południu, kiedy razem wróciliśmy do hotelu, weszłam do łazienki, rzuciłam oba nowe ręczniki kąpielowe na podłogę, polałam wodą z prysznica i wytarłam sobie w nie buty. Nie rozumie jak się do niego mówi, to mu za pomocą obrazka wyjaśnię. Taka jestem zołza!
I dostałam buziaka, oraz, mimo się wyrywałam, zostałam wyściskana i zapewnioną o Książęcej miłości do mnie.
Ja suchy ręcznik na jutro mam, załatwiłam sobie w składziku i schowałam w walizce :)

I nie, nie mam PMS, po prostu byłam zła! I już mi lepiej :)

wtorek, 2 sierpnia 2011

Migawki z wakacji - cz. I.

W tym roku zaaplikowaliśmy sobie wakacje objazdowe. Wiem że to bardzo prostackie się chwalić gdzie to się było, a jak się nie było "zagramanica" to się wogole nie ma czym chwalić, ale i tak Was uraczę tryptykiem, więc jak kto nie chce, to niech kolejnych trzech postów po prostu nie czyta.

Po zaliczeniu dni czegośtam w Sz-nie wyruszyliśmy do Stolycy, odwiedzić mieszkająca tam moją koleżankę, oraz zobaczyć mocno reklamowane w  TV  Centrum Nauki Kopernik. Kolejki do Centrum swoje korzenie mają w czasach głębokiej komuny, kiedy to wystarczyło że ktoś jeden się zatrzymał przed sklepem, a już kolejni ustawiali się za nim nie wnikając co rzucili. Masakryczny tłum spragnionych wiedzy przez zabawę pojawia się u wrót Centrum codziennie od dnia otwarcia, i nie ma co ukrywać - mają ludzie rację! Z przyjemnością jeszcze się tam wybierzemy przy okazji następnego pobytu w Wa-wie.
Tak, tak, tam w lustrze to niestety ja, tak tak, ten saaaaaaaam!
Zaliczamy też muzeum Powstania Warszawskiego, bez większego zainteresowania ze strony Młodej i Księcia Małżonka. Młodsza natyka się na instalację światło i dziwiek i informuję że "boi", więc kończymy i jedziemy coś zjeść.
Stylowa fotka na tle regału, te z muzeum wyszły kiepsko

W sobotę Stare Miasto, Nowe Miasto i przejażdżka konnym tramwajem, na którą namawiam rodzinkę ostatkiem sił. Ja nie rozumiem jak to sie mogło stać: Książę Małżonek rzecz nabyta, ale moje własne Dziecko za grosz genu wędrowniczego nie posiada? Chyba se dam badania DNA zrobić...
W niedzielę sala zabaw dla dzieci w Złotych Tarasach (deszczowa niedziela, tyle mam na usprawiedliwienie).
W poniedziałek Łazienki i spotkanie z ze znajomym z sieci. Znamy się od jakichś 10 lat (albo dłużej), ale widzimy po raz pierwszy :) A wieczorem wizyta w Jeff's, gdzie byliśmy 4 lata temu i oboje (jak na złość) nie mogliśmy sobie przypomnieć ani nazwy, ani lokalizacji. Ponieważ jednak Książę Małżonek odmówił podróży metrem, więc ze Złotych Tarasów wracaliśmy na Ursynów autobusem i przez okno wypatrzyliśmy wytęsknione miejsce. Oboje pamiętaliśmy że duży trawnik był w pobliżu, w tym roku się dowiedzieliśmy że ten duży trawnik to Pola Mokotowskie. Przy okazji, jeżeli ktoś ma taki sam problem z metrem jak mój Ukochany, to radzę po Wa-wie z książka jeździć. Pierwszy zakręt (czyli wyjazd z przystanku początkowego w centrum) zajął nam 4 zmiany świateł, przy czym przejechaliśmy w końcu na czerwonym, a cała trasą zajęła dwa razy dłuższy czas niż podróż metrem.
Żeby nie robić pawiom konkurencji, w Łazienkach występuję na biało. Ten strój wzbudza wiele kontrowersji, mój tata mówi że to kombinezon malarza albo judoki, Książę Małżonek kręci nosem, a Młoda otwarcie się obrusza: w tym chcesz iść? No w tym chcę, bo to len i na upał nie ma nic lepszego!

No ale skoro ma być objazdowo, to trzeba ruszać w drogę, planowy wyjazd wtorek godzina 12. We wtorek o godzinie 5 nad ranem Młoda zaczyna zwracać kolację. Koło 8 zwraca obiad. Kiedy koło 11:30 zwraca wczorajsze śniadanie jest jasne, że wyjazd się opóźni, ale hotel zarezerwowany więc dajemy jej odpocząć do 16 i jedziemy. Do Krakowa dojeżdżamy planowo, o czym napiszę w kolejnym poście.

piątek, 29 lipca 2011

Wyjazdy i powroty

Skoro jeden człowiek może spowodować tyle zła - pomysł ile dobrego możemy zrobić razem.



To było dłuuugie, gorące lato :) Albo może mi się czas dłużył, z dała od komputera i sieci? Wreszcie mój kochany podręczny do mnie wrócił, a sieć wraz z nim, więc zabieram się za nadrabianie zaległości.
 
Nie było mnie długo z kilku powodów. W początkach maja, kilka dni po opublikowaniu poprzedniego postu, zrobił mi się stan zapalny w dziąśle, a że ja mam malutki defekt genetyczny, to zamiast normalnej wizyty u dentysty załapałam się na program rozszerzony, który zakończy się (jak wszystko dobrze pójdzie) za miesiąc. Jak pójdzie źle, to potrwa to pól roku dłużej. To co, trzymacie kciuki, nie?

Powód drugi, to awaria komputera na kilka dni przed wyjazdem na wakacje, jak niefart to parami niestety.

Nadmiarem zdjęć z wakacji też nie grzeszę. Przez pierwszy tydzień nie załapałam się na żadne, więc postawiłam Księciu Małżonkowi ultimatum: albo się postara i cyknie mi fotkę w każdej kiecce, albo więcej z nim nigdzie nie jadę. Postarał się połowicznie, w związku z czym mam zdjęcie na tle regału z książkami w domu u kumpeli, w autobusie i w pizzerii, zamiast w Łazienkach czy na Wawelu. Cóż, dam mu jeszcze szansę w L., a jak nie, to z mamą do O. pojadę i rodzicielka mnie na łonie natury parkowej obfotografuje.

A tymczasem: w Sz-nie na dniach czegośtam (rozmnożyły się te "dni", kiedyś tylko Dni Morza były, teraz Dni Szczecina, Dni Odry, Dni polskiej prezydencji w UE, pogubiłam się które kiedy były) wystąpiłam w barwach narodowych. Brak nam zgodności czyich, bo ten zestaw kolorystyczny jest dość rozpowszechniony na flagach różnych panstw, wiec majac na uwadze wydażenia sprzed tygodnia, umówmy sie, że chodzi o Norwegie. 



czwartek, 5 maja 2011

Maj, po raz pierwszy

Maj pokazał nam swoje bielsze oblicze. Zamiast obsypywać nas kwieciem, zasypał (coponiektórych) śniegiem. A ja mam zdjęcia jeszcze sprzed powrotu zimy, czyli z pierwszej majowej niedzieli. Sukienkę kupiłam i wielokrotnie nosiłam w zeszłym roku, ale zawsze z białymi butami (ew. białym sweterkiem), i wciąż mi blado było. W tym roku dopatrzyłam się możliwości połączenia z czerownym, stosowny sweterek w szafie mam od dawna, to i pomysł w życie wcieliłam. Jak myślicie, jest dobrze?


Zdjęcie robiła Młoda, która przeszła sama siebie jeśli chodzi o spartaczenie roboty, zły dzień miała chyba :o Wciąż twierdziła, że się w kadrze nie mieszczę, więc się z nią miejscami zamieniłam i udowodniłam że nie tylko powinnam się zmieścić w kadrze cała, ale jeszcze "powietrze" powinno być nad i pode mną!


Młodsza zaś usiadła i podziwiała widoki :)

piątek, 29 kwietnia 2011

Świeckie zmartwychwstanie w szczecinskim UM

Prawie 10 lat temu wyrobiłam sobie i Młodej paszport. Rocznica ta jest o tyle znacząca, że paszporty nasze mają żywot 10-letni, a potem przestają działać. A ponieważ alternatywą paszportu w nowoczesnej Europie jest dowód osobisty, dodajmy (bo to ważne) alternatywą ekonomicznie kożystniejszą, więc tym razem postanowiłam wyrobić Młodej dowód. Dzieci do lat 13 muszą uzyskać zgodę obojga rodzicow, a że po śmierci ojca ja jestem oboje rodziców, więc do UM w Sz-nie pojechałyśmy we dwie (trzy, bo nie było co zrobić z Młodsza). Pobrałam numerek i zaczęłam wypełniać wniosek, ale z braku kolejki zostałam natychmiast wezwana do okienka. Wyłuszczyłam pani sprawę, i w czasie gdy ona zajęła się klepaniem w klawisze, ja kontynuowałam wypełnianie wniosku. Pani postukała chwilę w klawiaturę i oznajmiła że wg ich danych ojciec Młodej żyje. Popatrzyłam na panią jednym okiem, drugim wciąż zerkając w wypelniany wniosek i zapytałam odruchowo: Pani żartuje? Pani zaprzeczyła i odpowiedziała, że mi bez zgody ojca dowodu dla Młodej nie wyrobią. Wypełnianie wniosku stało się w tej sytuacji mało znaczące, więc przerwałam czynność i skupiłam cała swoją uwagę na pani.
- Jak to, żyje? - zapytałam z ciekawością.
- Nie ma go w rejestrze zmarłych, więc muszę go uznać za żywego - wyjaśniła urzędniczka - Chyba że pani potrafi udowodnić że zmarł - dołożyła po chwili.
- Udowodnić??? Niby jak? Płytę nagrobną mam przytachać, czy konieczna będzie ekshumacja i potwierdzenie DNA??? - moje zdziwienie nie miało granic, mina urzędniczki świadczyła o tym, że dla niej taka sytuacja to też nowość.
W tym momencie dołączyła do nas Młoda, domagając się wyjaśnienia nad czym deliberujemy. No to objaśniłam.
- Jak to, On żyje?! - Młoda była wyraźnie wstrząśnięta, urzędniczka spojrzała na nią współczująco - A ja mu w zeszłym roku znicz zapaliłam! - dołożyła Młoda tonem, który wyraźnie wskazywał, że żałuje niepotrzebnej inwestycji. Współczucie urzędniczki zmieniło się w niedowierzanie.
- Wiesz co mamo - zwróciła się Młoda do mnie - Tata ma na grobie krzyż i tabliczkę, to lekkie jest, wykopiemy i przyniesiemy.
Niedowierzanie urzędniczki przerodziło się w kiepsko skrywane przerażenie, więc postanowiłam przełamać nieco atmosferę:
- To my pójdziemy do USC i przyniosę pani akt zgonu - zapowiedziałam uspokajającym tonem, zabrałam do połowy wypełniony wniosek, Młodą i Młodszą, po czym udałyśmy się na gó.
USC mieści się na 2p., znów byłyśmy pierwsze w kolejce, więc weszłam sama, w nadzieji że szybko wyjaśnię sprawę i dostane wymagany papier. Niestety, wg prawa Ex był dla mnie nikim (interesująca zbieżność poglądów, po tym jak mnie zostawił z niemowlakiem dla mnie też stał się nikim), więc nie mogę wystąpić o wydanie mi jego aktu zgonu. Co innego Młoda, ona może, więc musiała wejść i być obecna przy następującej konwersacji, która miała na celu ustalenie, czy aby napewno Ex zmarł.
Pierwsza runda:
U: Skąd pani wie, że XX nie żyje?
Ja: Od znajomych.
U: To nie jest wystarczający dowód, może on się przed panią ukrywa.
Jasne, to oczywista konkluzja, przed taką mazepą jak ja, to on napewno się ukrywa.
Druga runda:
U: Czy widziała pani zmarłego?
Ja: Wielokrotnie, byliśmy razem przez 5 lat.
U: Ja się pytam czy pani trupa widziała!
Ja: Nie...(???)
U: Czyli nie ma pani pewności że on nie żyje!
Może myśl o wykopaniu Exa nie była tak niedorzeczna, jak to się jeszcze przed chwilą wydawało? Tabliczkę nagrobną pewno uznają za spreparowaną, bo Ex żyje i się przede mną ukrywa (z bliżej nieznanych powodów). 
Trzecia runda:
U: Była pani na pogrzebie?
Ja: Nie.
U: No właśnie!
Jakie właśnie? Na pogrzebie była setka ludzi, to przed nimi też się ukrywa, czy cały cyrk był dla mnie przeznaczony, a ja się nie pojawiłam?
I pytanie dodatkowe:
U: Może on umarł w Niemczech?
Ja: W Polsce umarł, on był Polakiem...
U: Bo wie pani, jak umarł w Niemczech, to możemy tego nie mieć zarejestrowanego.
Ex zmarł w PL, w Sz-nie, w szpitalu, po wypadku, jestem pewna że zgon jest zarejestrowany, ale wciąż nie mam dowodów.
W międzyczasie zadzwoniła moja znajoma, z która byłam umówiona do kina, więc po odebraniu nie bawiłam się w żadne "hallo" tylko od razu wyjaśniłam sytuację: "Jestem w UM, wyrabiam Młodej dowód osobisty, ale XX zmartchwychwstal i pierwsze co zrobił to mi na złość". "O patrz, a za życia taki miły człowiek był" zdziwiła się znajoma, i powiedziała że mam się nie stresować, ona poczeka. Nieee, wcale się nie stresuję, luzik!
Nie pamiętam już wszystkich tekstów "złotoustej" urzędniczki, ale po ponad 30 minutowych poszukiwaniach w końcu Ex znalazł się wśród zmarłych, ku mej ogromnej uldze.

W końcu dostałam wydruk aktu zgonu, biegiem poleciałam na dól (na 5 min. przed zamknięciem) i z zadyszką obwieściłam znajomej pani, że uśmierciłam tatusia i już może mi przyjąć wniosek. Radosna wiadomość dotarła widać do niej wcześniej, sadzać z szerokiego uśmiechu i kiwania ręka "wiem, wiem". Mała rzecz, a cieszy ;) I tym optymistycznym akcentem zakończyłam wizytę w szczecińskim UM.
Ciekawe czym zaskoczą mnie następnym razem?

środa, 27 kwietnia 2011

Niech żyją święta, słońce i pogoda!

Jak trochę się uspokoję, to napiszę tekst o zmartchwychwstaniu, świeckim zmartwychwstaniu mojego Exa, które się odbyło w USC w Szczecinie. A na razie pokazuję w co ubrana zasiadłam do spożycia wielkanocnego posiłku :) Zdjęcie na balkonie, jakiś niefart mam z plenerami, niestety...