Moda jest tak nieznośną formą brzydoty, że musimy zmieniać ją co sześć miesięcy.

Oscar Wilde

czwartek, 28 stycznia 2010

Jadą buty, jadą...

Jadą buty, jadą,
dojechać nie mogą,
bo je poczta wiezie,
jakąś kręta drogą!

Z braku możliwości zrobienia własnych zdjęć, muszę się posłużyć tymi ogólnodostępnymi, a ogólnodostępne mam tylko zdjęcia butów, które kupiłam przez internet. Kupiłam, zapłaciłam, sklep wysłał, i:
- pierwsza para, która miała drogę krótsza o 450km, już dojechała
- druga para, która została wysłana ze wsi odległej od mojej o marne 100km, wciąż jest w drodze...
Gdyby nie fakt, że to i tak buty na inny sezon, to chyba bym zrobiła na poczcie awanturę z przytupami, a w sklepie zażadała drugiej pary. Ponieważ jednak śnieży i jest zimno, to mogę jeszcze poczekać. Zawsze wysoko sobie ceniłam ćwiczenia na cierpliwość, to teraz mam możliwość potrenować, a może nawet jakiś mały prywatny rekord ustalić.

Buty kupiłam na sieci tylko dlatego, że u nas na wsi Camper'ów nie sprzedają, a ja naczytałam się o nich dużo dobrego, i nabrałam ochoty. Kiedyś mierzyłam jedną parę, wyszło mi że mam rozmiar 41 (to że mam to wiedziałam wcześniej, ale wyszło mi, że się w 41 Campera mieszczę), no i postanowiłam zaryzykować. W stosunku do już dostarczonej pary się sprawdziło, więc już spokojniej (pod tym względem) czekam na parę numer dwa.

Camper Barbara kupiłam w kolorze jasny brąz, zdjęcie znalazłam niestety tylko ciemnobrązowych. Wysokość obcasa 7,5cm w opisie nieco mnie wystraszyła, ale po przymierzeniu stwierdzam, że są w sam raz do biegania, widać noga mi się przyzwyczaiła.





Camper Twins są czarne, jak na zdjęciu, i mają 4cm obcas. Początkowo myślałam że biegać to będę w tych, teraz się zastanawiam, czy nie będą za niskie? Pożyjemy, przymierzymy, zobaczymy.


środa, 13 stycznia 2010

Piąta pora roku

Jestem przekonana, że gdyby Vivaldi był kobietą, to napisałby o jeden koncert więcej.

Byliśmy z Księciem Małżonkiem na Awatarze, więc skorzystałam z okazji i zarezerowalam sobie (na "po filmie") prawo wejścia do dwóch sklepów. Miałam na myśli Calzedonię i coś z ładnymi napisami SALE, ale (jak zwykle) niezupełnie wyszło.

Zaczęłam od Big Stone (albo jakoś tak), bo jest na tym samym piętrze co kino, ale w przeciwnym kierunku niż wyjście (logistycznie priorytetowa sprawa, jak się jest na zakupach z Księciem Małżonkiem). Mając na uwadze limit czasowy, szybko pokazałam ekspedientce co chcę i udałam się w rejony przymierzalni. Pani mickiewiczowsko zapytała czy imię moje czterdzieści i cztery, na co przytaknęłam, w szale poświątecznej obniżki ceń zapominając o własnej podwyżce wagi... Przypomniałam sobie o tym fakcie chwilę później, w przymierzalni, gdy 44 zachowało się jak rasową 40, czyli wyciskając że mnie powietrze do ostatniego tchu. Wałeczki nie zrobiły mi się tylko dlatego, że już nie było na nie miejsca! Obraziłam się na bogu ducha winną rozmiarowke BigStona, i mamrocząc po drodze że powinni zmienić nazwę na LittleRock, skierowałam się jak niepyszna do wyjścia. Tak oto straciłam jeden z obiecanych sklepów.

Jako drugi wpadł mi w oko Summer Time, a konkretnie wieszak z sukienkami ustawiony kusząco tuż przy wejściu. A jeszcze bardziej konkretnie sukienki z zakładka w biuście, co do których miałam nadzieję, że ogole są typu kopertówka (nie były, ale i tak wspaniałe budują sylwetkę, co wkrótce zaprezentuję na bloggu). Pamiętna porażki z 44, zaaplikowałam sobie 46 i poleciałam kurcgalopkiem do przymierzalni. I co? Za duża! Tu sobie odbiję niepowodzenia, pomyślałam, i poleciałam z powrotem na wieszaki. Gonioną mała ilością czasu nabyłam w końcu dwie, wspomnianą wcześniej i prezentowaną dzisiaj szaroturkusowa w poprzeczne, pogrubiające paski. A co mi tam!

Korzystając z okazji prezentuję czapę. Czapa wzbudza spore emocje, na przykład Książę Małżonek jak ją pierwszy raz zobaczył, to zapytał: i Ty naprawdę w tym wyjdziesz? Wychodzę, czego dowodem są zdjęcia, robione na zewnątrz :) Poszłam na miasto, i malo brakowało, a stała bym się powodem wypadku. Gapili się na mnie (ok, na czapę!) wszyscy kierowcy, a jeden na tyle intensywnie, że omało nie wjechał w kuper jadącemu przed nim, który też nie był bez winy, bo wyraźnie zwolnił na mój (czapy!) widok. Chyba powinnam ubezpieczyć czapę od OC ;)




niedziela, 10 stycznia 2010

Dressing Mrs XL.

Jak to mówi stare przysłowie ludowe: święta, święta, i po figurze!
W ciągu wakacji okołoświątecznych przygarnęłam całe 10kg, i w pełni zasłużyłam na rzymską dziesiątkę w tytule...

Ubieranie Mrs XL jest trudniejsze niż Mrs L, więc mam w planach droba redukcję. Nie jestem w tym osamotniona, w Familiadzie powiedzieli bowiem, że postanowienie odchudzania się jest jednym z najczęstszych postanowień noworocznych. Pytania o rodzaj diet nie było, a szkoda. Ja siebie znam, od ust sobie nie odejmę, ćwiczyć też nagle nie zacznę*, więc stawiam na dietę opartą wyłącznie o dobre chęci. Dieta ta jest bardzo prosta w stosowaniu, nie stawia żadnych wymagań sprzętowych (zero treningu) ani prowiantowych (zwykle żarcie), a co najważniejsze: nie powoduje efektu jo-jo. Całość opiera się na postanowieniu zrzucenia wagi i silnej wierze w pomyślność przedsięwzięcia, bez ćwiczeń, odmawiania sobie czegokolwiek, lub zastępowania czekolady płatkami zbożowymi. Wczoraj rano z radością odnotowałam, że w ciągu pierwszego tygodnia tego roku schudłam już 3kg, dietą działa więc bez zarzutu! Z doświadczenia wiem, że szybkość spadku wagi wyraża się funkcją liniową f(x) = 1/x, której wykresem jest krzywą zwaną hiperbolą. Z powodów estetycznych zamiast swojego wklejam dziś zdjęcie hiperboli, która wygląda tak:



* Od jakichś dwóch lat sponsorujemy, razem z Księciem Małżonkiem, lokalną siłownie. Podobno półtora roku temu zakupili nowe urządzenia do ćwiczeń, ale my jeszcze ich żeśmy nie widzieli... Zdalna adopcja jakiegoś małego Afrykańczyka wyjdzie nam taniej, a jeszcze będziemy mieli gdzie na wakacje do ciepłych krajów pojechać.