Moda jest tak nieznośną formą brzydoty, że musimy zmieniać ją co sześć miesięcy.

Oscar Wilde

czwartek, 29 lipca 2010

(nie)Wielki Błękit

Dziendobry, nazywam się Mrs. L. i jestem anonimowym neurotykiem ;)

Moją największą zmorą są niewyprasowane ubrania. Wszelkie "gnioty" doprowadzają mnie na skraj załamania nerwowego, zaczyna mną telepać i nerwowo oglądam się za najbliższym żelazkiem. We własnej szafie nie mam ani jednego ciucha-gnieciucha, a na wakacje jeżdżę z żelazkiem, bo inaczej bym chyba zwariowała zamiast wypocząć. Wiem, wg większości z Was już zwariowałam, bo normalny homo sapiens nie traktuje prasowania w kategoriach rozrywki, ale katorżniczej pracy. A ja mam inaczej, i nic na to nie poradzę. Z takich rzeczy nie leczą, jak powiedział znajomy psychiatra.

Na swoje usprawiedliwienie mam tylko jedno: nie prasuję wszystkiego jak leci, a jedynie to, co prasowania wymaga. Nie ma takiej siły, która by mnie zmusiła do założenia na grzbiet niewyprasowanej rzeczy, nawet z materiałów które gniotą się już przy zdejmowaniu ich z deski do prasowania. Spędzam godzinę wygładzając każda zmarszczkę, wciskając czubek żelazka w każda zakładkę, rozprasowując fałdki i zaprasowując kanty. Wiem że nieuchronny proces gniecenia się rozpocznie się zanim jeszcze odstawię żelazko na półkę, ale poczucie dobrze spełnionego obowiązku jest w tym momencie ważniejsze!

Błękitno-biała jedwabna sukienka należy właśnie do takiej kategorii ubrań. Prędzej spóźnię się na samolot, niż wyprasuję ją na odwał. Musi być przez 5 sekund perfekt i już. Nawet jeśli nikt tego nie doceni, nawet jeśli nikt tego nie zobaczy, nawet jeśli pierwsza zmarszczka zrobi się kiedy będę szła po schodach w dól. Dla mnie i tylko dla mnie. Zresztą jedwab się fajnie prasuje, wystarczy powiesić w zaparowanej łazience podczas kąpieli i 3/4 roboty z głowy, zostaje tylko końcowe wygładzenie. A potem można się napawać widokiem przez kilka minut ;)

Uwielbiam niebieski kolor, i to do tego stopnia, że nigdy się nie zastanawiałam czy mi w nim do twarzy. Kupuję błękity bez zastanowienia i zupełnie bezkrytycznie, na zasadzie: ładne bo niebieskie.
Lubuję się w jedwabiu, mimo iż doskonale zdaję sobie sprawę z jego niepraktyczności. Kto by się jednak przejmował zaleceniami typu "czyszczenie chemiczne" w momencie kupowania czystej rzeczy?
Bardzo odpowiada mi krój tej sukienki: ramiączka kryją bieliznę, dekolt w karo z przodu i z tyłu, wypusk na biust i wcięcie w pasie, a na dodatek długość midi. Z fazy na mini wyrosłam już dawno, i moje nogi niestety też. A jak mową o nogach: znalazłam w piwnicy swoje klapki sprzed ok. czterech lat, i wyprowadziłam na miejski spacer. Nawet nieźle nam poszło, żadnych otarć, żadnych potknięć, wracają do łask :)
A po czwarte, to była tania jak barszcz, ostatnia sztuka w super cenie i w moim rozmiarze.
To teraz chyba już jasne dlaczego kupiłam kolejną sukienkę? Książę Małżonek wymiękł przy drugim argumencie, mrucząc coś pod nosem.
A jak Wam się podoba(m)?


blekitny jedwab, originally uploaded by Mrs.L..



PS. Wreszcie włosy urosły mi na tyle, że mogłam je związać, hurrrra! Na razie podparte lakierem, ale do końca lata będą się trzymać same z siebie ;)




zwiazane wlosy, originally uploaded by Mrs.L..

piątek, 23 lipca 2010

Biało, coraz bielej

Kropi, pada, leje, ulewa! I nie żal Wam teraz upałów z wczoraj?

W tym roku, jak nigdy wcześniej, sklepy prześcigają się w spełnianiu moich życzeń ;) Chciałam czerwoną sukienkę - mam. Chciałam maxi-dress - mam. Chciałam biała sukienkę, i myślałam że szukanie zajmie mi całe lato i zakończy się fiaskiem, a tu mila niespodzianka: znalazłam nawet dwie! Na takie coś nie byłam przygotowana, żeby musieć się zastanawiać która mi się bardziej podoba... Tego jeszcze nie było! Tak samo jak białej sukienki wcześniej w mojej szafie nie było, więc nie wiem z czym ją nosić :)
Na pierwsze wyjście dołożyłam jej pasek z brązowo-pomarańczowej skóry, i rozmyślałam nad brązowymi sandałami, ale zwyciężyła wersja czybka, czyli białe klapki. Mam też koralo-naszyjnik w kolorze pomarańczowym, ale zupełnie do dekoltu nie pasuje. Następnym razem pójdę chyba na całość: pasek biały lub bez paska, białe perły i białe buty (mam jeszcze cieniutkie białe sandałki, dawno nie nosiłam, czas sprawdzić czy się nie przeterminowały). I biały kapelusz, jak znajdę taki, który na mnie pasuje.

I tak w pierwszy deszczowy dzień tego lata na bloggu debiutuje moja biała lniana sukienka :) Fanfary proszę!

 
Posted by Picasa

sobota, 17 lipca 2010

Wszyscy mają maxi, mam i ja!

Sukienka długości maxi marzyła mi się od dawna, od tak dawna, że sama już nie pamiętam od kiedy. Kiedy byłam w ciąży, ochota ta jeszcze przybrała na sile, a każdy kolejny zawód był szczególnie bolesny;
Na sieci wypatrzyłam śliczna błękitno-turkusowo-zieloną wizytową sukienkę maxi dla ciężarnych. Na zdjęciu modelka z obowiązkową poduszką w pasie prezentowała z gracją powiewną szatę, wysuwając zalotnie jedną stopę, podczas gdy z drugiej nogi było widać tylko niebotyczną szpilkę. Gora dość zabudowana, z szerokimi szelkofalbankami (minirękawek), całość wygląda jakby powstała na moje zamówienie. Spakowałam się w autko i pojechałam do sklepu, kupować. W sklepie szybko wypatrzyłam spódnice w tej samej kolorystyce, a obok sukienkę w wersji midi, mojej maxi ani śladu. Przetrzepałam wszystkie wieszaki w pobliżu, aż w końcu napatoczyła się ekspedientka, i pyta w czym mi pomóc. No to mówię, że chcę taką sukienkę maxi, jak z katalogu, a ta pokazuje na wieszak przede mną. MAXI!, ryknęłam mało grzecznie, bo chyba mnie nie dosłyszała. Pani wzięła jedną z sukienek, i przyłożyła do siebie: no przecież to jest maxi, odpowiedziała spokojnie, przyzwyczajoną widać do obcowania z ciężarówkami. Sukienką sięgała jej do kostek... Po prostu obłęd! Żeby jej napluć na czubek głowy, musiałabym się schylić, więc coś co na mnie było midi, na niej było maxi i to z trenem :( Wyszłam ze sklepu ze łzami w oczach, i kazałam się wieźć gdziekolwiek, byle dalej od tego miejsca. Książę Małżonek jest na tyle inteligentny, że widząc że wychodzę zapłakana i bez sukienki, przytomnie zawiózł mnie do centrum handlowego. W H&M wypatrzyłam kolejną maxi, tym razem słusznej długości (czyli sięgająca mi ok. 10cm ponad kostkę). Niestety, gora nie skrywała całego (ani nawet połowy) biustonosza, bez którego obyć się nie mogłam. Znów wyszłam że sklepu z niczym, ale przynajmniej bez łez w oczach.
Jako matka karmiąca odpuściłam sobie poszukiwania maxi-dress, niespecjalnie mi się widziało zadzieranie 4m2 materiału, żeby obsłużyć Najmłodsza w Rodzinie. Chętka na maxi przeczekała w uśpieniu rok, aby znów się objawić, z nowym natężeniem. I tak oto ponownie wyruszyłam na polowanie;
Na pierwszy ogień poszła pewna znana polska firma odzieżowa, której nazwę pozwolę sobie pominąć. W katalogu na sieci znalazłam śliczną biało-niebieską maxi-dress, oraz numery do sklepów. Najpierw zadzwoniłam, i okazało się że sukienka właśnie trafiła do sklepu, rozpakowują dostawę. Mila ekspedientka powiedziała, że sukienka jest dostępna w rozmiarze do 40, co już źle wróżyło, ale ponoć ichniejsza 40 ma 100cm w biuście (a ja tylko 5cm wiecej). Jak biust wejdzie, to i resztą wejdzie, pomyślałam, i zadzwoniłam do siostry, która właśnie była na mieście. Siostra poddała się presji i poszła oglądać sukienkę na żywo. Na moją prośbę zmierzyła sukienkę w biuście, i wyszło jej że 40 ma w najszerszym miejscu w biuście 45cm (złożona na pół). Zastanawiam się jakiej matematyki używają w tej firmie, żeby 45 * 2 = 100. Próbę wciśnięcia się w 100 mogłabym podjąć, ale ani centymetra mniej. Żegnaj sukienko!
W czerwcu poszłyśmy z sąsiadka na ciuchy, i na wystawię wypatrzyłam coś powiewnie długiego, co się okazało być jedwabną maxi-dress. Długości jej projekat nie poskąpił, na płaskim obcasie sięgała mi do ziemi! Niestety, na tym się jego szczodrość zakończyła, dwa mizerne trójkąty u góry ledwo zakrywały sutki, mimo iż obwód był zgodny z moim. Jaki jest sens kupować cienką jedwabną sukienkę na gorące dni, skóro noszenie jej wymaga dobrze zabudowanego topu pod spód? Co za idiotą wymyślił ubieranie się "na cebulkę" w 30-stopniowe upały?

No to się wyżaliłam. Ale, żeby nie było: mam maxi-dress, nawet dwie! Tą z dzisiaj, błękitną, kupiłam w SH. Miała oryginalną metkę, a na niej cenę, która u przeciętnie zarabiającej osoby wywołuje mdłości. Na szczęście SH nie bierze pod uwagę takich szczegółów, i kupiłam ją za jakieś 10% jej wyjściowej wartości, bez kręcenia nosem na lekką kusość, bo jak dla mnie to i tak okazja. Dość długa, z zakrytą gorą, w kolorze który lubię, czy mogę wymagać więcej?
Sukienkę noszę często z narzutką serwetkową, czyli wykonaną przemysłowo imitacją ręcznej koronki dzierganej szydełkiem, składającą się w mniejszej części z włoczki, a większej z dziur. Twór ten kupiłam ze 3 lata temu, nigdy wcześniej nie używałam (bo nie miałam do czego), a teraz mam jak znalazł :) Buty miałam, białe, tylko jak zwykle się na zdjęcia nie załapały. Wciąż mi brakuje białego kapelusza, ale to się jeszcze da nadrobić, w końcu lato się jeszcze nie kończy!




Przod, originally uploaded by Mrs.L..




Tyl, originally uploaded by Mrs.L..




Z narzutka, originally uploaded by Mrs.L..

czwartek, 15 lipca 2010

Pocztówka z wakacji cz.II - Tusenfryd


Wodoodporna, originally uploaded by Mrs.L..

Sezon jest (wiadomo jaki) więc szafa mi rośnie, a stan konta maleje. Albo inaczej: mam coraz mniej miejsca na ubrania, a coraz więcej na pieniądze ;) W dodatku zauważyłam, że kupowanie ubrań dla siebie sprawią mi radość. Kiedyś nienawidziłam chodzenia i szukania w co się zmieszczę (a miałam wymiary łatwiejsze do obleczenia w konfekcję masową), a teraz jakimś cudem w sklepach znajduję ciuchy jak marzenie! Nie dotyczy to maxi-dres, ale to już zupełnie inna bajka...

Od zimy chodzi za mną sukienka w kolorze czerwonym. Niby popularny kolor, a jak się chce, to nigdzie nie mają odpowiedniego fasonu albo odcienia. Ja na przykład mam ochotę na taką dzierganą, w kolorze krwi tętniczej, z dopasowaną gorą i rozkloszowanym dołem... No nie można mi zarzucić że nie wiem czego chcę ;) Na szczęście jakaś szwalnia postanowiła przynajmniej częściowo ukoić moją potrzebę posiadania czerownego, w wydaniu lniano-wiskozowym wprawdzie, ale za to w bardzo satysfakcjonującym mnie kroju. Dużym plusem jest to, że mimo przewagi lnu nie gniecie się. No i z powodzeniem zastępuje strój kąpielowy, bardzo szybko schnie ;) Gora jest dopasowana, na guziczki (nie używam), z ładnym wycięciem i kołnierzykiem, dól kloszowany z wstawkami. Sukienka ma własny pasek, ale wolałam ten, bo się odcina kolorystycznie.

Zauważyliście że już sobie odbiłam stratę z poprzedniej wyprawy do lunaparku? Potrzebowałam czarny, i były tylko czarne, jak na zamówienie. W jakimś sklepie widziałam biały z czarną wstążką i brzegiem, pewnie jak mi się przypomni gdzie, to też kupię :) Uwielbiam kapelusze!




Automobil dziadka, originally uploaded by Mrs.L..

niedziela, 11 lipca 2010

Słonce kontratakuje!


Czarna jagoda, originally uploaded by Mrs.L..

W słońcu wszystkie kolory dostają ekstra mocy, zewsząd atakuje mnie zieleń drzew, czerwień dachówek, żółć tynku i błękit nieba. Odpowiadam fioletem, bo przecież jakoś muszę się bronić!

A miało być tak pięknie, gora 22C i nieco cienia. Planowo sukienka miała towarzystwo jaśniejszych fioletowych legginsów i ciemniejszego fioletowego bolerka, ale upał skutecznie zrewidował moje plany i sukienka wystąpiła saute. Nawet buty się na zdjęcie nie załapały ;)

Mam wakacje, a codziennie muszę wstawać wcześniej niż zazwyczaj, żeby zdążyć wypocząć poza domem. Jeszcze tylko do środy, więc jakoś wytrzymam, a potem znów normalne, spokojne życie kury domowej :) Aż do następnego zrywu wakacyjnego, czyli urlopu Księcia Małżonka. Mam nadzieję że zdążę naładować akumulatory, bo straszliwie meczące jest takie aktywne wypoczywanie!

czwartek, 8 lipca 2010

Pocztówka z wakacji - Tusenfryd


Tusenfryd2, originally uploaded by Mrs.L..



Wakacje są dla dzieci, więc razem z siostrą zafundowałyśmy dzieciarni wypad do Lunaparku, niech szaleją! Latorośl Młodsza pojeździła na małych karuzelach i automobilem na szynach, Latorośl Starsza pofrunęła w gorę na potwornie dużej huśtawce. Jutro powtórka i zdjęcie, bo aparat po wykonaniu 700 zdjęć, a na chwilę przed lotem, ogłosił wyczerpanie się zasobów energii elektrycznej.

Sukienka w policyjnym błękicie to ta sama, którą w maju zestawiłam z koralowo-łososiowa koszulą. Teraz w bezpiecznym połączeniu z białą podkoszulką, paskiem i kapeluszem. To zresztą jedno z ostatnich zdjęć kapelusza, który zdecydował się mnie opuścić kiedy zachciało mi się spływu wodospadem w wydrążonym pniu drzewa. Na jedynym zdjęciu na którym widać cała mnie, kapelusza już nie miałam, więc paradowałam z przyplaskana fryzurą przez resztę dnia. Do kompletu strat tuż pod koniec dnia połamały mi się okulary przeciwsłoneczne. Nowy kapelusz już mam na oku, więc drżyj portfelu!


Tusenfryd, originally uploaded by Mrs.L..